Facebook

WYWIAD: "Myślałem, że mogę liczyć na więcej..."


Marcin Radomski nie jest już trenerem Zetkamy Dorala Nysy Kłodzko. Kiepska postawa kłodzkiego zespołu w I lidze spowodowała, iż decyzją klubu pożegnał się on z posadą trenera. Jednak u szkoleniowca widać żal, że nie pozwolono mu samemu ugasić pożaru.

Co się stało z drużyną, która w poprzednim sezonie byłą rewelacją I ligi?
- Na obecną sytuację złożyło się wiele rzeczy. Myślę, że popełniliśmy błędy już na początku w budowie składu, chociaż z drugiej strony, można powiedzieć, że nie było możliwości nie popełnienia tych błędów, bo budżet kłodzkiej drużyny jest jaki jest. Dzisiaj wiem, że można było zrobić więcej, aby zatrzymać Tomka Stępnia oraz Przemka Malone i to było by kluczowe dla losów drużyny. Jednak mimo wszystko wierzyłem, że z tym składem utrzymamy się w lidze. Nikt nie zakładał tylko, że będziemy sobie musieli radzić z takimi sytuacjami jakie miały miejsce. My, może przez te cztery miesiące, zaledwie cztery tygodnie trenowaliśmy tak jak to powinno wyglądać. Kontuzje, wypadki, tego było za dużo. Każdej drużynie, której by zabrano dwóch rozgrywających, miała by problem z funkcjonowaniem.

W lidze we znaki dawała się zbyt mała liczba strzelców i brak silnego fizycznie gracza podkoszowego. 
- Brak strzelców mocno ułatwiał sprawę przeciwnym drużynom, a brak silnego gracza powodował, że po pierwsze, mieliśmy duży problem z podkoszowymi drużyn przeciwnych, którzy przeciwko nam często rozgrywali bardzo dobre spotkania, po drugie mieliśmy problem ze zbiórką w obronie. A gdy jest problem ze zbiórką w obronie, zmniejsza się szanse na wyprowadzenie ataku szybkiego, coś co było jednym z głównych naszych atutów w poprzednich latach. Dochodziły też takie rzeczy jak brak odpowiedniej agresywności u nowych naszych graczy. Tego wszystkiego było po prostu za dużo, żeby myśleć o regularnym wygrywaniu. Nawet nasza praca na treningach, którą oceniam bardzo dobrze to było za mało. Dla mnie stało się w pewnym momencie jasne, że bez wzmocnień, nie utrzymamy się w lidze. 

Spodziewał się szkoleniowiec odwołania ze stanowiska?
- Nie myślałem o tym. Wydawało mi się, że jak doczekam się powrotu na parkiet Michała Lipińskiego i Marcina Kowalskiego, to drużyna zacznie z miejsca lepiej grać. To są mózgi drużyny, dodatkowo Marcin jest jednym z nielicznych graczy w tej drużynie który był regularny na dystansie. Bez tych zawodników nie było by I ligi, czy play off. Naciskałem Pana Sierakowskiego na ściągnięcie wysokiego gracza, tym bardziej, że była taka okazja i liczyłem, że jakoś to się ułoży i będziemy walczyć w II rundzie, która będzie dużo łatwiejsza. W I rundzie graliśmy u siebie, z pierwszą trójką, Rosą i Krakowem. Z Rosą wygraliśmy, a Kraków to było jedno z gorszych naszych spotkań. Tak jak wspomniałem, gdy zabiera się dwóch rozgrywających z drużyny i każda ekipa w I lidze ma poważny problem. Druga runda to przede wszystkim mocne drużyny na wyjeździe, a średnie lub słabe u siebie. Ale jeżeli są porażki, ktoś musi być temu winny. Z reguły jest to trener, chociaż ja liczyłem, że skoro to jest mój klub, bo jestem w nim od początku, w którym byłem tyle lat jako zawodnik, jak i trener młodzieży czy seniorów i za moich czasów osiąga najlepsze wyniki, to mogę liczyć na coś więcej. Dzisiaj wiem, że nie, tak bywa, żyje się dalej. 

Jakie plany na najbliższy czas?
- Nie mam jeszcze żadnych. Na pewno zamierzam spędzić trochę więcej czasu z żoną i synem, bo normalnie, nawet na to nie było za wiele czasu.