Facebook

"Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym"


Kłodzki zespół stracił najbardziej doświadczonego i charyzmatycznego piłkarza. Buty na kołku postanowił zawiesić Patryk Rosiak. - Dwie rzeczy pozostały niezmienne wtedy i teraz. Byłem najstarszy w drużynie (śmiech) i mój rywal do gry, ale serdeczny kolega, Janek Borkowski – mówi golkiper o grze w Nysie. Zapraszamy na wywiad z Patrykiem Rosiakiem.

U każdego zawodnika przychodzi ten moment, kiedy kończy z graniem w piłkę. Taką decyzję podjąłeś i Ty,  powiedz dlaczego akurat to nastąpiło w tym momencie?
PATRYK ROSIAK: - Decyzja kiełkowała mi w głowie już od dłuższego czasu. Wiele czynników miało na to wpływ: wiek, forma fizyczna, brak możliwości regularnego trenowania. Jak śpiewał klasyk: "trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym". Dlatego taka decyzja, która jest nieodwołalna

Masz bogatą i zarazem ciekawą historię piłkarską. Opowiedz nam o tych najlepszych oraz o tych gorszych chwilach na boisku. 
- Historia rzeczywiście długa, bo od debiutu w seniorskiej piłce minęło 22 lata i chyba ten debiut to najmilsza chwila w przygodzie z piłką, Był to mecz w Pucharze Polski z Górnikiem Wałbrzych, na starym stadionie Górnika, pamiętającego Ekstraklasę. Najgorsze chwile staram się wypierać z głowy, choć chyba to odstawienie mnie od kadry ukochanego klubu przez jednego z trenerów nie za formę sportową, tylko za krnąbrność i prawdomówność.

A najciekawsza anegdota z szatni, czy najmilsza pochwała od trenera…
- Anegdotek z szatni jest cała masa, ale mam taką, która śmieszy mnie do dziś. Na odprawie trener przemawia o ważności meczu mówiąc: "To mecz za sześć punktów...". Mecz wygrywamy i na poniedziałkowym treningu jeden z kolegów, wchodzących dopiero do zespołu, mówi: "Trenerze chyba nas oszukali, bo w Słowie Sportowym tylko trzy punkty nam dopisali, a trener mówił, że sześć nam dadzą jak wygramy".

… i najbardziej bolesna porażka oraz najcenniejsze zwycięstwo, które wspominasz do teraz.
- Nigdy łasy na pochwały nie byłem, ale największą pochwałą była ta od najlepszego mojego trenera, mojego ojca. Padła ona całkiem niedawno, po ogłoszeniu końca przygody z piłką: "Synu możesz chodzić z głową wysoko..." Tylko tyle i aż tyle.
Najboleśniejsza porażka to przegrana podczas gry w Piaście Nowa Ruda z Pogonią Oleśnica. Mecz zakończył się porażką 0:7. Pierwszy i ostatni raz płakałem po meczu... ta porażka doprowadziła też do według mnie najlepszego w moim wykonaniu meczu tydzień później, gdy rywalizowaliśmy z Moto-Jelczem Oława. Zremisowaliśmy go 0:0. Największe wygrane to te w derbach... no i strzelone bramki z gry.

(Bramka P. Rosiaka w 90. minucie na 3:3 w meczu z Polonią Trzebnica)

To było Twoje drugie podejście do gry w Nysie i drugie w czwartej lidze. Powiedz jak oceniasz i wspominasz grę w tamtej drużynie jak i w obecnej ekipie.
- Drugi raz byłem w Nysie i drugi raz wspomnienia są jak najbardziej pozytywne. Ciężko jest porównać obie ekipy. Obydwie miały liderów. Wtedy Maciek Gąsienica, teraz Adaś Bońkowski, obie miały super snajperów, wtedy Tomka Lisowicza, a dziś Grzesia Derenia, obie miały wyraziste postacie w szatni, wtedy Artura Pawlika czy Marcina Sypera, a teraz Dawida Ciupidera czy Michał Wojtala. Obie miały super stoperów, trenera Adamczyka wtedy i Mikołaja Łazarowicza teraz, no i super trenerów.
Dwie rzeczy pozostały niezmienne wtedy i teraz. Byłem najstarszy w drużynie (śmiech) i mój rywal do gry, ale serdeczny kolega, Janek Borkowski. Zapomniałem o bardzo wyrazistych postaciach prezesów, śp. Ryszarda Kluka i Bogdana Bachmatiuka. Ogromną satysfakcję miałem grając w Nysie i darzę ją ogromnym sentymentem.

Przez wyboistą drogę prowadził miniony sezon Ciebie i zespół Nysy. Świetna gra jesienią, do której w dużym stopniu i Ty się przełożyłeś, to też dało wysoką jak na beniaminka lokatę po jesieni. Jednak wiosna to nawet widmo spadku. 
- Rzeczywiście droga była wyboista. Ciężko racjonalnie wytłumaczyć takie wahania formy w rundach. Na jesień grając nawet słabiej zgarnialiśmy punkty, wiosną nawet wydawałoby się wygranych meczach, oddawaliśmy punkty za darmo. Najważniejsze że w najważniejszych momentach trener Konowalczyk potrafił wstrząsnąć szatnią i zespół pokazał ducha walki.

Kończysz definitywnie z graniem drużynowym, czy gdzieś Cię jeszcze będzie można spotkać?
- Pewnie na turniejach oldbojów będzie mnie można zobaczyć, ale nie w klubowej piłce... i na ławce trenerskiej też nie, bo ta profesja w ogóle mnie nie kręci.

Dzięki Rossi za wszystko!